Inflanty/za Wikipedią/ - nazwa krainy historycznej nad Dźwiną i Zatoką Ryską powstałej w średniowieczu w obrębie posiadłości zakonu kawalerów mieczowych, a zamieszkanej przez plemiona bałtyckie (przodków obecnych Łotyszów) i ugrofińskie (przodków obecnych Estończyków), na których kulturę na przestrzeni wieków wpływała głównie kultura niemiecka, a także skandynawska i polska (szczególnie w Inflantach Polskich/Łatgalii). Dawne Inflanty obejmują terytoria dzisiejszej Estonii i Łotwy.
Parę ładnych lat temu chciałam zrobić typowy objazd majówkowy: Litwa, Łotwa i Estonia. Ale ostatecznie wyszło mi (tylko i aż) 9 dni na Litwie i reszta musiała poczekać. Kiedy później na stronach F4F znalazłam pomysł na Rygę i Tallin za niewielkie pieniądze, obiecałam sobie, że tym razem nie odpuszczę. Zimowa aura na zdjęciach Tallinna mnie urzekła i – choć tak bardzo nie znoszę zimy – nabrałam ochoty na zwiedzanie właśnie o tej porze roku. Jednak i tym razem się nie udało. Ale ponieważ w tym roku obiecałam sobie nadrobić parę zaległych wyjazdów, to Inflanty znalazły się na tej liście dosyć wysoko i uparcie szukałam możliwości zrealizowania tego planu. W końcu w maju kupiłam bilety od LOTu na długi weekend sierpniowy. Większość krewnych-i-znajomych królika nie wyraziła zainteresowania tym kierunkiem („przecież tam nic nie ma…”), więc polecę tam sama.
Dzień 1
Wcześnie rano pobudka na lot WRO-WAW by Ryanair. Na Okęciu czas na śniadanie i kawę. Później WAW-RIX by LOT bez przeszkód, chociaż dreszczyk emocji był, kiedy usłyszałam: „Szanowni Państwo, ponieważ nasz rejs z Warszawy do Rygi cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem, niestety nie będziemy mogli zapewnić miejsc wszystkim pasażerom”... czy jakoś tak. W każdym razie zaświtało mi przez moment, czy by mi się to opłaciło, ale od razu otrzeźwiałam: absolutnie nie ma mowy! Po tylu latach przekładania, tym razem nie odpuszczę! Z lotniska w Rydze do hotelu jadę busem, zostawiam bagaż i spacerem wracam do centrum. Ryga przywitała mnie szalonymi temperaturami, których w tym rejonie nie koniecznie się spodziewałam, tj. 30 stopni w cieniu. Kręcąc się po starówce, przypadkiem trafiłam na Plemeni XL, do którego i tak zamierzałam zajrzeć w któryś dzień, ponieważ wszyscy polecali – i nie rozczarowałam się. Wychodzę znowu na ten upał i próbuję zidentyfikować co ważniejsze kamienice, opisane w przewodniku. Jest tego tyle, że na palcach jednej ręki można policzyć, więc postanawiam połazić trochę bez tych wskazówek. Zaczynam się też zastanawiać, czy krewni-i-znajomi królika nie mieli przypadkiem racji…
Ryga nie przypomina miasta na planie niemieckim – nie ma dużego, czworobocznego rynku i prostopadłych uliczek. Ma za to 2 większe place: Katedralny i Ratuszowy oraz kawałek nabrzeża. Poza tymi miejscami raczej trudno o inne atrakcje, a przynajmniej nie w centrum. Można jednak znaleźć parę rodzynków.
Okazuje się, że jest też zamek, ale raczej niepozorny.
Dość szybko stwierdzam, że chyba widziałam już całe stare miasto – przechodząc po raz n-ty przez te same uliczki zaczynam się zastanawiać, czy mam déjà vu, czy to upał robi swoje… Opuszczam zatem serce miasta i kieruję się nad rzekę.
Na drugim brzegu stoi kosmiczna Biblioteka Narodowa.
Wieczorem spotykam się z koleżankami, które jadą do Petersburga i w Rydze trafiła im się przesiadka – miałam jechać z nimi, ale nie dograłyśmy terminów. Siadamy w Cili Picca przy kinie Forum. Jedzenie jest OK, ale przy panującym wieczorem tłoku, obsługa jest bardzo powolna. Na wieczorne zdjęcia nie mam siły; wczesne wstawanie, zwiedzanie w pełnym słońcu i zmiana czasu (tylko i aż godzina) dopadają mnie ok. 21:00 czasu lokalnego, zatem odmeldowuję się do hotelu i nie wiem kiedy – zasypiam.
Dzień 2
Następnego dnia budzi mnie deszcz… nieee! Z jednej skrajności w drugą? Nie zgadzam się. Na szczęście po śniadaniu wychodzi słońce, a już pół godziny później czuję, że dzisiaj znowu będzie skwar. Wędruję znowu do centrum - najpierw zostawię bagaż w przechowalni, a potem żeby uciec przed słońcem, postanawiam spędzić ten czas w parkach. Mam tylko kilka godzin, po obiedzie wsiadam w autobus do Tallinna. Idę w stronę Pomnika Wolności (jest w remoncie, podobnie jak budynek opery, czy Bractwa Czarnogłowych), a następnie skręcam do parku Esplanade.
Przy prawosławnej cerkwi zaczepia mnie jakiś 12-latek, zwyczajny dzieciak, nie wyglądał na biednego i zagaduje po angielsku: - Mogę Ci powiedzieć dwie rzeczy? - Jakie, słucham? - Po pierwsze jesteś piękna. - …? A po drugie? - Dostanę od Ciebie 1 EUR? - . . . ??? Nie płacę za komplementy. Rozbawił swoją bezczelnością. Przedsiębiorczy od małego, strach pomyśleć, co z niego wyrośnie.
;)
Siadam na kwadrans przy fontannie i obserwuję ludzi. Jest sobotnie przedpołudnie, park powoli zaczyna nabierać życia - pojawiają się młode mamy z wózkami, babcie z wnuczkami, a obok mnie grupka turystów pochyliła się nad mapą.
Z parku Esplanade skręcam do parku Kronvalda.
Po kwadransie sprawdzam mapę i ruszam w stronę ulicy Alberta, gdzie stoi kilka secesyjnych kamienic. Nie ma tu tłoku, ale parę osób o nich najwyraźniej czytało. Robię kilka zdjęć, a potem zawracam w stronę parku.
A tuż za tymi wymuskanymi kamienicami, stoją takie najzwyklejsze domy.
Czas poszukać obiadu przed wyjazdem. Cili Picca znowu się sprawdza, no i jest blisko do dworca. Autobus Lux Express już czekał i odjeżdża punktualnie. Za Parnawą znowu zaczyna padać, a na dworcu w Tallinnie wita mnie burza. No pięknie. Na szczęście tramwaj podjeżdża jak na zawołanie i w hotelu melduję się znowu ok. 21:00.Dzień 3
Dzisiaj nie pada. Ale temperatura zdecydowanie niższa, niż w Rydze. Rano prognoza mówi, że jest 14st.C, a w ciągu dnia ma być do 24st.C. Za oknem czuję jednak chłodny wiatr, więc na wszelki wypadek biorę ze sobą cienki sweter. Jak się później okaże – całe szczęście, bo jakoś nie było mi w nim zbyt gorąco przez cały dzień. Zwiedzanie zaczynam w centrum od Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła z I połowy XIX wieku. W niedziele odbywają się Msze św. w kilku językach, a kościół jest najważniejszą świątynią katolicką w Estonii.
Na tyłach katedry jest przejście do wschodnich murów miasta, z których mamy widok na dachy starego miasta.
Parę ładnych lat temu chciałam zrobić typowy objazd majówkowy: Litwa, Łotwa i Estonia. Ale ostatecznie wyszło mi (tylko i aż) 9 dni na Litwie i reszta musiała poczekać. Kiedy później na stronach F4F znalazłam pomysł na Rygę i Tallin za niewielkie pieniądze, obiecałam sobie, że tym razem nie odpuszczę. Zimowa aura na zdjęciach Tallinna mnie urzekła i – choć tak bardzo nie znoszę zimy – nabrałam ochoty na zwiedzanie właśnie o tej porze roku. Jednak i tym razem się nie udało. Ale ponieważ w tym roku obiecałam sobie nadrobić parę zaległych wyjazdów, to Inflanty znalazły się na tej liście dosyć wysoko i uparcie szukałam możliwości zrealizowania tego planu. W końcu w maju kupiłam bilety od LOTu na długi weekend sierpniowy.
Większość krewnych-i-znajomych królika nie wyraziła zainteresowania tym kierunkiem („przecież tam nic nie ma…”), więc polecę tam sama.
Dzień 1
Wcześnie rano pobudka na lot WRO-WAW by Ryanair. Na Okęciu czas na śniadanie i kawę. Później WAW-RIX by LOT bez przeszkód, chociaż dreszczyk emocji był, kiedy usłyszałam: „Szanowni Państwo, ponieważ nasz rejs z Warszawy do Rygi cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem, niestety nie będziemy mogli zapewnić miejsc wszystkim pasażerom”... czy jakoś tak. W każdym razie zaświtało mi przez moment, czy by mi się to opłaciło, ale od razu otrzeźwiałam: absolutnie nie ma mowy! Po tylu latach przekładania, tym razem nie odpuszczę!
Z lotniska w Rydze do hotelu jadę busem, zostawiam bagaż i spacerem wracam do centrum. Ryga przywitała mnie szalonymi temperaturami, których w tym rejonie nie koniecznie się spodziewałam, tj. 30 stopni w cieniu. Kręcąc się po starówce, przypadkiem trafiłam na Plemeni XL, do którego i tak zamierzałam zajrzeć w któryś dzień, ponieważ wszyscy polecali – i nie rozczarowałam się. Wychodzę znowu na ten upał i próbuję zidentyfikować co ważniejsze kamienice, opisane w przewodniku. Jest tego tyle, że na palcach jednej ręki można policzyć, więc postanawiam połazić trochę bez tych wskazówek. Zaczynam się też zastanawiać, czy krewni-i-znajomi królika nie mieli przypadkiem racji…
Ryga nie przypomina miasta na planie niemieckim – nie ma dużego, czworobocznego rynku i prostopadłych uliczek. Ma za to 2 większe place: Katedralny i Ratuszowy oraz kawałek nabrzeża. Poza tymi miejscami raczej trudno o inne atrakcje, a przynajmniej nie w centrum. Można jednak znaleźć parę rodzynków.
Okazuje się, że jest też zamek, ale raczej niepozorny.
Dość szybko stwierdzam, że chyba widziałam już całe stare miasto – przechodząc po raz n-ty przez te same uliczki zaczynam się zastanawiać, czy mam déjà vu, czy to upał robi swoje… Opuszczam zatem serce miasta i kieruję się nad rzekę.
Na drugim brzegu stoi kosmiczna Biblioteka Narodowa.
Wieczorem spotykam się z koleżankami, które jadą do Petersburga i w Rydze trafiła im się przesiadka – miałam jechać z nimi, ale nie dograłyśmy terminów. Siadamy w Cili Picca przy kinie Forum. Jedzenie jest OK, ale przy panującym wieczorem tłoku, obsługa jest bardzo powolna. Na wieczorne zdjęcia nie mam siły; wczesne wstawanie, zwiedzanie w pełnym słońcu i zmiana czasu (tylko i aż godzina) dopadają mnie ok. 21:00 czasu lokalnego, zatem odmeldowuję się do hotelu i nie wiem kiedy – zasypiam.
Dzień 2
Następnego dnia budzi mnie deszcz… nieee! Z jednej skrajności w drugą? Nie zgadzam się. Na szczęście po śniadaniu wychodzi słońce, a już pół godziny później czuję, że dzisiaj znowu będzie skwar. Wędruję znowu do centrum - najpierw zostawię bagaż w przechowalni, a potem żeby uciec przed słońcem, postanawiam spędzić ten czas w parkach. Mam tylko kilka godzin, po obiedzie wsiadam w autobus do Tallinna.
Idę w stronę Pomnika Wolności (jest w remoncie, podobnie jak budynek opery, czy Bractwa Czarnogłowych), a następnie skręcam do parku Esplanade.
Przy prawosławnej cerkwi zaczepia mnie jakiś 12-latek, zwyczajny dzieciak, nie wyglądał na biednego i zagaduje po angielsku:
- Mogę Ci powiedzieć dwie rzeczy?
- Jakie, słucham?
- Po pierwsze jesteś piękna.
- …? A po drugie?
- Dostanę od Ciebie 1 EUR?
- . . . ???
Nie płacę za komplementy. Rozbawił swoją bezczelnością. Przedsiębiorczy od małego, strach pomyśleć, co z niego wyrośnie. ;)
Siadam na kwadrans przy fontannie i obserwuję ludzi. Jest sobotnie przedpołudnie, park powoli zaczyna nabierać życia - pojawiają się młode mamy z wózkami, babcie z wnuczkami, a obok mnie grupka turystów pochyliła się nad mapą.
Z parku Esplanade skręcam do parku Kronvalda.
Po kwadransie sprawdzam mapę i ruszam w stronę ulicy Alberta, gdzie stoi kilka secesyjnych kamienic. Nie ma tu tłoku, ale parę osób o nich najwyraźniej czytało. Robię kilka zdjęć, a potem zawracam w stronę parku.
A tuż za tymi wymuskanymi kamienicami, stoją takie najzwyklejsze domy.
Czas poszukać obiadu przed wyjazdem. Cili Picca znowu się sprawdza, no i jest blisko do dworca.
Autobus Lux Express już czekał i odjeżdża punktualnie. Za Parnawą znowu zaczyna padać, a na dworcu w Tallinnie wita mnie burza. No pięknie. Na szczęście tramwaj podjeżdża jak na zawołanie i w hotelu melduję się znowu ok. 21:00.Dzień 3
Dzisiaj nie pada. Ale temperatura zdecydowanie niższa, niż w Rydze. Rano prognoza mówi, że jest 14st.C, a w ciągu dnia ma być do 24st.C. Za oknem czuję jednak chłodny wiatr, więc na wszelki wypadek biorę ze sobą cienki sweter. Jak się później okaże – całe szczęście, bo jakoś nie było mi w nim zbyt gorąco przez cały dzień.
Zwiedzanie zaczynam w centrum od Katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła z I połowy XIX wieku. W niedziele odbywają się Msze św. w kilku językach, a kościół jest najważniejszą świątynią katolicką w Estonii.
Na tyłach katedry jest przejście do wschodnich murów miasta, z których mamy widok na dachy starego miasta.